Charakter
I.
Ferdynandowi spadła przed tygodniem cegła na głowę. Leży u mnie w domu, gdzie mieszłca wprawdzie także Adela (od środy popielcowej), ale jest zresztą dosyć wygody i miejsca. Lekarz zapewnia, że stan chorego jest beznadziejny.
Nawiasem mówiąc, nie myślałem nigdy, że ja go przeżyję.
Przychodzi czasem i Misio, po zamknięciu swej apteki, co mi jest bardzo przyjemnie, bo zawsze weselej siedzieć przy chorym, gdy się ma towarzystwo. Wieczorem grywamy niekiedy po kilka partyjek.
Czasem mówi do mnie Misio:
— Ty potrzebujesz więcej snu od nas, bo dużo pracujesz...
Więc ja idę spać, a oni czuwają we dwójkę.
Dawniej ani Adela ani Misio nie lubili Ferdynanda, ale teraz, poczciwe dusze, siedzą przy nim, bo doktor powiedział, że stan jest beznadziejny.
Są tak gorące noce, że mimo otwartych okien śpię podle i z przerwami, jak gdyby nie Ferdynandowi, ale mnie spadła była cegła na głowę.
Rano budzę się z uczuciem, że przez noc działy się ze mną awantury piekielne i gorączkowe romanse. Niby się spało, a niby się nie spało. A o ile są sny, figuruje w nich Ferdynand i jest w nich obok setek niedorzeczności wiele t. zw. głębszej prawdy, a nawet logicznego związku.
Śni mi się zazwyczaj, że powodem choroljy Ferdynanda nie jest przypadek, tylko ja. To jest, że ja rzuciłem na niego cegłę.
I tak zeszłej nocy stałem niby przed sądem.
Sala, trybunał, prokurator, adwokaci... wszystko, jak w rzeczywistości.
Zadają pytania, a ja odpowiadam.
Mówię, że nazywam się Piotr Kopa, że urodziłem się 12-go kwietnia 1871-ego roku... wszystko, jak jest.
— Czy przyznajesz się pan do winy?
— Do jakiej ?
— Że rzuciłeś cegłę na swego przyjaciela.
Sam nie wiem. Ale po pewnym namyśle przychodzę do przekonania, że tak.
— Rzuciłem.
Niechybnie rzuciłem, myślę, bo już dawno miałem do czegoś w tym rodzaju — ochotę. Więc mówię głośno; „Tak". Ale na zapytanie: „dlaczego?" — trzęsę tylko głową, bo nie chce mi się spowiadać z najprywatniejszych przykrości.
Gwiżdżę.